W 2018 roku starosta kraśnicki wydał pozwolenie na budowę czterech silosów zbożowych tuż przy zabudowie mieszkalnej w Urzędowie pod Kraśnikiem. Konstrukcje miały mieć, zgodnie z przepisami, maksymalnie 7 metrów wysokości liczonej od gruntu. Stanęły silosy o wysokości 15-16 metrów, a licząc razem z platformami serwisowymi – 22 metry. Ponad trzykrotnie więcej, niż pozwalało prawo.
Od 2020 roku instalacja działała na pełnych obrotach – skup, sprzedaż i magazynowanie zboża, tuż za oknami mieszkańców. Hałas, ruch ciężarówek, cień rzucany przez konstrukcje wielkości kilkupiętrowego budynku. Iwona, mieszkanka Urzędowa, zaczęła walczyć o unieważnienie pozwolenia. Sądy, urzędy, kolejne odwołania – rok w rok, bez rezultatu.
Dopiero po sześciu latach Główny Inspektor Nadzoru Budowlanego wydał decyzję: to starosta kraśnicki naruszył prawo budowlane, wydając pozwolenie na inwestycję, która od początku łamała obowiązujące normy wysokości. Innymi słowy – urząd potrzebował sześciu lat, żeby przyznać, że urząd się pomylił, a przez ten czas naruszające prawo silosy stały (i działały) legalnie, bo tak orzekł ten sam urząd.
Właściciel instalacji, jak ustalili reporterzy „Interwencji”, sam zaprzestał już jej eksploatacji – emisja hałasu ustała, zanim jeszcze zapadła ostateczna decyzja. Sprawa formalnie się więc zakończyła, ale nikt nie odpowiedział na pytanie, kto przez sześć lat brał odpowiedzialność za błędną decyzję administracyjną – i czy ktokolwiek poniesie za nią konsekwencje.
Polskie prawo budowlane ma jasno określone limity wysokości. Problem w tym, że wystarczy jeden podpis urzędnika, żeby limit przestał obowiązywać w praktyce – a żeby to cofnąć, trzeba sześciu lat, dwóch instancji administracyjnych i uporu jednej mieszkanki.