Mieszkanka bloku z lat 70. w pobliżu stacji Łódź-Widzew starała się o dodatek mieszkaniowy. Urzędnicy odmówili, bo według dokumentów jej lokal ma 46,03 mkw., a limit to 35 mkw. normatywu powiększone o 30 proc. Czyli 45,5 mkw. Zabrakło pół metra z hakiem.
Kobieta zamówiła więc pomiar u geodety, na własny koszt. Wyszło 44,38 mkw., czyli pod limitem. Wyrokiem z 17 września 2026 r. (III SA/Łd 262/26) Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi uchylił obie niekorzystne dla niej decyzje, magistratu i Samorządowego Kolegium Odwoławczego, i kazał sprawie przyjrzeć się ponownie.
Skąd różnica? Źródło wskazuje na normy pomiaru. Do 1999 r. obowiązywała PN-70/B-02365, która liczyła powierzchnię na wysokości metra nad podłogą, w stanie surowym. Późniejsza PN-ISO 9836 każe mierzyć na poziomie podłogi, w stanie wykończonym, z tynkami i okładzinami. Z publikacji wynika, że mieszkania bywają o 4-5 proc. mniejsze od tych w księgach wieczystych.
Zaskoczeniem jest tylko kierunek: papier podaje więcej niż rzeczywistość, a nie mniej. Niby plus, ale nie przy dodatku, gdzie liczy się niedobór.
Gdyby ktoś liczył, że wystarczy poprawić liczbę w papierach, odpowiedź ekspertki Biura RPO studzi entuzjazm. Powierzchni użytkowej nie podaje się dowolnie, nawet w oparciu o prywatne pomiary geodety, a potwierdza ją zarządca budynku. Zmiany dotyczyłyby zaś całej wspólnoty mieszkaniowej.
Dla porównania, w Końskich o dodatek rozstrzygało 0,2 mkw. W sprawie WSA w Kielcach (II SA/Ke 362/23) rodzina trzech osób miała 58,7 mkw. przy dopuszczalnych 58,5.
Państwo mierzy więc mieszkania z dokładnością do dwóch dziesiątych metra, ale metrem, którego nikt już nie używa. Pomiar się starzeje szybciej niż blok, a rachunek za to wystawia lokatorowi.
Źródło: