Przez pięć lat do Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Olsztynie wpłynęło 71 zgłoszeń o złym stanie zabytków nieruchomych – budynków mieszkalnych, cmentarzy, kościołów, dawnych spichlerzy, a nawet wieży wodociągowej, węzła kolejowego i drewnianego dworu. Najnowsza kontrola Najwyższej Izby Kontroli pokazuje, jak urząd sobie z nimi radził – i dlaczego wcale nie musiał się spieszyć.
Kodeks postępowania administracyjnego jest w tej sprawie jasny: na skargę lub wniosek urząd ma obowiązek odpowiedzieć i podjąć działania w ciągu miesiąca. Problem w tym, że przepisy nie regulują w ogóle, w jakim terminie trzeba odpowiedzieć na „sygnał” albo „donos” – bo formalnie takie kategorie pism nie istnieją. A jednak to właśnie tak klasyfikowano większość napływających zgłoszeń w Olsztynie.
Efekt: średni czas podjęcia jakichkolwiek działań wynosił 36 dni, czyli i tak dłużej niż ustawowy termin na skargę. W trzynastu przypadkach urząd zareagował dopiero po 102-1452 dniach – to blisko cztery lata milczenia w sprawie niszczejącego zabytku. W dwóch kolejnych nie zareagował wcale przez 158 i 413 dni. Zastępca wojewódzkiego konserwatora zabytków tłumaczył kontrolerom, że część sygnałów to po prostu „złośliwe donosy sąsiedzkie” albo „błędne wyobrażenia turystów odwiedzających Warmię i Mazury” – i jako takie nie wymagały formalnego trybu.
NIK przypomina urzędnikom coś, co powinno być oczywiste: o tym, czy pismo jest skargą albo wnioskiem, decyduje jego treść, a nie forma zewnętrzna ani etykieta, jaką nada mu odbiorca. Izba zaznacza też, że ryzyko podobnej praktyki – segregowania zgłoszeń na te „z obowiązkiem odpowiedzi” i te „bez” – może dotyczyć nie tylko Olsztyna, ale innych wojewódzkich urzędów ochrony zabytków w całej Polsce.
Krótko mówiąc: żeby uniknąć obowiązku odpowiedzi w terminie, wystarczy nazwać pismo obywatela inaczej, niż nazywa je ustawa. Zabytek może się w tym czasie rozsypać – ale przynajmniej papierologia się zgadza.
Żródło: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/informacje-o-zlym-stanie-zabytku-to-skargi-czy-donosy.html