Gazprom przegrał w 2024 roku sprawę przed UOKiK – za odmowę współpracy przy wyjaśnianiu okoliczności budowy gazociągu Nord Stream 2 i nieprzekazanie kluczowych umów przesyłowych sąd utrzymał w mocy karę 40 milionów euro, czyli około 174,5 miliona złotych. Rosyjski koncern nie zapłacił. UOKiK, chcąc wyegzekwować należność, sięgnął po zamrożone w Polsce udziały Gazpromu w spółce EuRoPolGaz.
I tu zaczyna się absurd: organem egzekucyjnym jest Urząd Skarbowy Warszawa-Śródmieście, który uznał, że ściągnięcie kary jest w pełni zgodne z prawem i nie budzi wątpliwości. Ale drugi urząd – Dolnośląski Urząd Celno-Skarbowy we Wrocławiu, odpowiedzialny za nadzór nad przestrzeganiem sankcji wobec Rosji – odmówił zwolnienia zamrożonych aktywów. Argument: przekazanie tych środków do budżetu państwa byłoby rzekomo pośrednią korzyścią dla sankcjonowanego podmiotu.
Sprawę przeciął minister finansów Andrzej Domański, blokując egzekucję kary. Efekt jest taki, że polskie państwo ma prawomocnie zasądzone 174,5 miliona złotych od rosyjskiej firmy, ma nawet zgodę własnego urzędu skarbowego na ich ściągnięcie – i mimo to nie potrafi tych pieniędzy odzyskać, bo inny organ tego samego państwa uznał, że zabranie pieniędzy Gazpromowi byłoby dla Gazpromu… korzystne.
Eksperci podatkowi nie zostawiają na tym rozumowaniu suchej nitki – wskazują, że przekazanie środków do budżetu państwa kosztem dłużnika oznacza, iż pieniądze bezpowrotnie opuszczają majątek Gazpromu, więc trudno mówić tu o jakiejkolwiek korzyści dla firmy. Spór między dwoma urzędami skarbowymi wciąż trwa, a 174,5 miliona złotych czeka na rozstrzygnięcie, kto w polskiej administracji ma rację co do tego, czym właściwie jest kara finansowa – i czy odebranie pieniędzy dłużnikowi może być dla niego prezentem.