Jednodniowe spóźnienie mogło kosztować kobietę ponad 191 tysięcy złotych podatku. W 2020 roku odziedziczyła po ojcu majątek wart przeszło 2,7 mln zł. Jako najbliższa rodzina mogła skorzystać z całkowitego zwolnienia z podatku od spadków i darowizn – pod warunkiem zgłoszenia tego faktu na formularzu SD-Z2 w ciągu sześciu miesięcy. Termin upływał 24 listopada 2020 roku. Ona złożyła dokument dzień później.
Fiskus nie miał wątpliwości: spóźnienie oznacza utratę prawa do zwolnienia. Wszczął postępowanie podatkowe – ale zrobił to dopiero w marcu 2023 roku, ponad dwa lata po tym, jak dowiedział się o sprawie. Decyzję ustalającą podatek w wysokości 191 453 zł wydał kolejny rok później, w lutym 2024 roku. Argumentował przy tym, że złożenie zgłoszenia po terminie uruchamia pięcioletni termin na wydanie decyzji, który miał upłynąć dopiero z końcem 2025 roku.
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie początkowo przyznał rację skarbówce. Kobieta się jednak nie poddała i złożyła skargę kasacyjną, argumentując, że urząd już w listopadzie 2020 roku dysponował wszystkimi informacjami o spadku i jego wartości – a to oznacza, że obowiązywał krótszy, trzyletni termin na ustalenie podatku. Ten upływał z końcem 2023 roku.
Naczelny Sąd Administracyjny przyznał jej rację. Skoro decyzja zapadła w lutym 2024 roku, czyli już po wygaśnięciu prawa fiskusa do ustalenia zobowiązania podatkowego, nie mogła wywołać żadnych skutków prawnych. Kobieta nie musi płacić ani złotówki z żądanych 191 453 zł.
Cała sprawa sprowadza się do jednej, dość wymownej asymetrii: jednodniowe spóźnienie obywatela urząd uznaje za nieodwracalne i bezdyskusyjne. Własne, ponad dwuletnie zwlekanie z wszczęciem postępowania oraz roczne z wydaniem decyzji – już niekoniecznie. Tym razem to właśnie opieszałość skarbówki, a nie jej dobra wola, uratowała podatniczkę przed rachunkiem, jaki wielu Polaków musiałoby spłacać latami.