Studnia na własnej działce brzmi jak coś, co po prostu do tej działki należy – razem z trawnikiem, płotem i altanką. Prawo wodne widzi to jednak inaczej: od pewnej głębokości i wydajności studnia przestaje być prywatną sprawą właściciela, a staje się przedmiotem regulacji administracyjnej, której brak może kosztować więcej niż niejeden remont domu.
Zasada jest prosta na papierze: dopóki studnia nie jest głębsza niż 30 metrów, a pobór wody nie przekracza 5 metrów sześciennych na dobę, można z niej korzystać bez żadnych formalności. Wystarczy jednak przekroczyć któryś z tych progów – często niezauważalnie, bo niewielu właścicieli mierzy głębokość własnej studni suwmiarką – by znaleźć się w kategorii „korzystanie z usług wodnych” wymagającej zgłoszenia lub pozwolenia wodnoprawnego. Brak takiego dokumentu jest wykroczeniem zagrożonym grzywną do 7,5 tysiąca złotych, a w skrajnych przypadkach nawet aresztem.
To nie jest przepis martwy. W samym 2025 roku wydano niemal 4,7 tysiąca decyzji karnych z tego tytułu, a w 2026 roku licznik już przekroczył 1,8 tysiąca – i to zanim rok się skończył. Łączna kwota nałożonych kar sięgnęła 14 milionów złotych. Wody Polskie zapowiadają, że kontroli będzie tylko przybywać – do jednej czwartej wszystkich prowadzonych inspekcji ma dotyczyć właśnie poboru wód podziemnych.
Argumentacja urzędników jest racjonalna: susze i malejące zasoby wód powierzchniowych rzeczywiście sprawiają, że nielimitowany pobór wody podziemnej to coraz poważniejszy problem. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że emerytka podlewająca pomidory wodą z odziedziczonej po dziadku studni i rolnik nawadniający uprawy przemysłową pompą trafiają w tym samym worku pod ten sam przepis – a różnicę między nimi ma wykazać nie zdrowy rozsądek kontrolera, tylko to, czy ktoś w porę złożył właściwy formularz.