Maja, piętnastolatka z Łodygowic, jechała autobusem MZK Żywiec do szkoły. Zanim wsiadła, otworzyła aplikację, kupiła bilet i schowała do kieszeni ważną legitymację szkolną – dokładnie tak, jak uczą na lekcjach wiedzy o społeczeństwie: uczciwie, z dokumentami, z zapłatą za przejazd. Kontrolerzy ocenili to inaczej.
Na trasie Łodygowice-Żywiec obowiązują bowiem dwa bilety ulgowe dla uczniów: jeden po 2,70 zł – ulga wynikająca wprost z ustawy, dla podróży „poza granicami Żywca” – i drugi po 3 zł, ulga na tej samej trasie, ale przyznana już nie ustawą, tylko zarządzeniem burmistrza miasta. Różnica formalna, cenowa – 30 groszy. Maja kupiła ten pierwszy. Kontrolerzy, pracujący dla zewnętrznej firmy z Poznania, której MZK Żywiec zleciło kontrolę biletów, uznali, że to bilet nieważny – i wystawili wezwanie do zapłaty na 353 zł: 3 zł za „właściwy” bilet plus 350 zł opłaty dodatkowej, dokładnie takiej samej, jak za jazdę zupełnie bez biletu.
Sprawę opisał w mediach społecznościowych ojciec dziewczynki. Napisał o córce przerażonej i przekonanej, że zrobiła coś złego, choć – jak podkreślał – nie próbowała nikogo oszukać, tylko pomyliła się przy wyborze jednej z dwóch niemal identycznych taryf. W komentarzach szybko dołączyli inni rodzice z bliźniaczymi historiami: syn kupił bilet za 2,10 zł zamiast 2,40 zł i również dostał 350 zł kary, a odwołanie – wysłane, co ciekawe, nie do MZK w Żywcu, tylko do tej samej poznańskiej firmy kontrolerskiej – zostało odrzucone.
System nie rozróżnia dziecka, które przez pomyłkę zaznaczyło w aplikacji niewłaściwą zakładkę, od pasażera jadącego bez żadnego biletu – w obu przypadkach nalicza tę samą, maksymalną karę. Pytanie tylko, kto tu tak naprawdę nie kupił właściwego biletu: piętnastolatka, czy może gmina, która utrzymuje w jednym mieście dwie prawie identyczne taryfy, różniące się wyłącznie podstawą prawną i groszami – i zleca ich egzekwowanie firmie wynagradzanej najpewniej od liczby wystawionych kar.