Matka niepełnosprawnego chłopca poprosiła gminę o zwrot kosztów dowożenia syna własnym samochodem do prywatnego przedszkola specjalnego. Trasa najkrótszą drogą ma 34 km.
Burmistrz odmówił. Wskazał inną placówkę, oddaloną o około 25 km, która jego zdaniem mogłaby spełnić wymogi z orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego. Przekonywał, że „najbliższe" oznacza placówkę, która najlepiej realizuje zalecenia, a nie po prostu tę najbliższą. Gmina ma bowiem płacić za dowóz tylko do najbliższej jednostki.
Zgodnie z relacją prawo.pl Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach (wyrok z 6 sierpnia 2026 r., III SA/Gl 1129/25) przyznał rację matce i uznał odmowę za bezskuteczną. Sąd stwierdził, że placówka najbliższa nie musi być najbliższa w sensie geograficznym, tylko taka, która najpełniej spełnia zalecenia z orzeczenia, nawet w innej gminie, powiecie czy województwie. Problem w tym, że burmistrz niczego nie porównał, nie odniósł się do argumentów matki i pominął opinię poradni psychologiczno-pedagogicznej z akt, która wskazywała właśnie prywatne przedszkole. Sąd zasugerował, że powinien był zapytać obie placówki, która lepiej odpowiada potrzebom dziecka.
Czyli spór dotyczył słowa „najbliższa", które w polskiej administracji bywa mierzone w kilometrach, a bywa w stopniu dopasowania. Wyrok tłumaczy, że chodzi o to drugie, ale gmina musiała do tego dojść przez sąd. Źródło nie podaje, czy wyrok jest prawomocny.
Źródło: