Masowe kontrole przydomowych szamb i oczyszczalni ruszyły w polskich gminach na dobre. Inspektorzy mają prawo zjawić się bez zapowiedzi – także wieczorem – i sprawdzić dwie rzeczy: czy właściciel posesji ma podpisaną umowę z firmą asenizacyjną oraz czy potrafi okazać rachunki lub faktury potwierdzające regularny wywóz nieczystości, zwykle z ostatnich dwóch lat.
Brak jednego z tych dokumentów – nawet jeśli szambo faktycznie jest regularnie opróżniane – oznacza karę od 500 do 5000 złotych. Nie liczy się to, czy ścieki trafiają tam, gdzie powinny, tylko to, czy właściciel zachował właściwy kawałek papieru.
Skala problemu robi wrażenie. W gminie Biały Dunajec kontrola wykazała, że ponad 80 procent sprawdzonych posesji nie miało kompletu wymaganych dokumentów – co nie musi oznaczać, że aż tylu mieszkańców wylewa nieczystości do rowu, tylko że aż tylu nie miało pod ręką odpowiedniej faktury sprzed kilkunastu miesięcy.
Sam mechanizm kontroli budzi absurdalne skojarzenia: gmina, zamiast realnie sprawdzić stan urządzeń albo pobrać próbkę gruntu, ocenia stan środowiska na podstawie kompletności segregatora z rachunkami. Rzetelny właściciel szamba, który płaci gotówką i gubi paragony, może zapłacić dokładnie tyle samo, co sąsiad, który nigdy nie zamawiał wywozu.
Eksperci radzą jedno: podpisać umowę z firmą asenizacyjną, trzymać wszystkie rachunki w jednym miejscu i liczyć się z wizytą urzędnika, który przyjdzie zapytać nie o stan szamba, tylko o stan segregatora.