Od czerwca 2026 roku w centrum Katowic zacznie obowiązywać Strefa Czystego Transportu. Brzmi ekologicznie i nowocześnie. Problem w tym, że cała historia wygląda bardziej jak studium biurokratycznego absurdu niż realna polityka poprawy jakości powietrza.
Powód wprowadzenia strefy jest prosty: w 2024 roku odnotowano przekroczenia norm tlenków azotu. Na tej podstawie uznano, że trzeba ograniczyć ruch samochodowy w mieście.
Jest tylko jeden drobiazg.
Pomiar, który uruchomił tę lawinę decyzji, pochodził ze stacji pomiarowej ustawionej przy autostradzie A4, przez którą przejeżdża ponad sto tysięcy samochodów dziennie. Trudno o bardziej oczywiste miejsce do zmierzenia wysokiego poziomu spalin. To trochę tak, jakby badać poziom hałasu na lotnisku i na tej podstawie zakazać rozmów w centrum miasta.
Gdy sprawa wyszła na jaw, stację pomiarową przeniesiono. Ale decyzja o strefie zdążyła już ruszyć własnym biurokratycznym życiem.
Co więcej, sama strefa została zaprojektowana tak, żeby w praktyce niewiele zmieniać. Mieszkańcy Katowic i całej metropolii będą mogli dalej jeździć swoimi samochodami, o ile kupili je wcześniej i przechodzą przeglądy. Czyli regulacja istnieje – ale jej wpływ na emisję może być symboliczny.
Po co więc w ogóle ją wprowadzać?
Bo trzeba.
Brak strefy mógłby oznaczać problemy z rozliczeniem środków z Krajowego Planu Odbudowy i realizacją wytycznych Komisji Europejskiej dotyczących jakości powietrza. A więc strefa powstaje nie dlatego, że jest szczególnie sensowna, tylko dlatego, że musi pojawić się w tabelce zrealizowanych reform.
W efekcie Katowice dostają rozwiązanie, które powstało przez pomiar przy autostradzie, niewiele zmienia w praktyce i najprawdopodobniej będzie modyfikowane lub wygaszane w kolejnych latach.
Czysty transport?
Nie.
To raczej czysty przykład tego, jak działa współczesna biurokracja.